piątek, 3 stycznia 2014

Aww, sweetheart

Przebrnęłam przez to wszystko w 15 minut, jeszcze tylko się wyszykować. Jak ja mam zdążyć w pół godziny wyglądać na bóstwo?! Chwila... czemu ja ma się tak szczególnie stroić, przecież to tylko kolega z dawnych czasów, prawda? A jak on nie potraktuje tego tak poważnie jak ja? Jeśli to tak naprawdę nie jest randka? Nie, to na pewno nie jest randka, przecież ja mam chłopaka...taa chłopaka, jeśli można tak nazwać David'a. Nie widzieliśmy się od miesiąca, bo to on pierwszy wyjechał z Londynu, a potem ja tu wróciłam. Zresztą po co ja z nim jestem, a raczej byłam. Gdybym miała wymieniać jego wady i zalety to ta zła strona zajęła by co najmniej cały zeszyt. Nie odzywa się, nawet przed wyjazdem mi nic nie powiedział, czy to koniec czy nie. Ja uznałam za nie koniec i raczej się pomyliłam skoro się nie odzywa. Po raz pierwszy przyznam, że moja siostra miała racje co do niego to zwykła świnia i tyle. Nieraz mnie wystawił, a ja... na początku czułam LEKKIE zauroczenie, a potem to jakoś byliśmy żeby nie było nudno? Nie wiem jakoś tak to odczuwałam i on najwyraźniej też jak teraz widzę. Achh, koniec użalania się czas się przygotować na.... niech już będzie randkę. Może sukienka, może spodnie? Nie oszukujmy się... nienawidzę sukienek. Wybrałam wystarczająco obcisłe spodnie Tak Layla, teraz to na serio będziesz seksi. Bordową koszulkę z rękawami trzy czwarte wkasałam w spodnie i założyłam czarne balerinki. Klasyczne, wygodne i ładne. Rozpuściłam włosy, które same z siebie ładnie się ułożyły.
- Czy to jakiś dar od Boga? - powiedziałam sama do siebie i złożyłam ręce do modlitwy. Do pokoju wparowała siostra, która jak tylko mnie zobaczyła "modlącą się" zaśmiała się.
- Nie teraz czas na modlitwy, Austin na ciebie czeka przed domem. - uśmiechnęła się.
- Okay, jak wyglądam?
- Dosyć znośnie.- zaśmiała się złośliwie. Wystawiłam jej język i wyszłam. Austin siedział na schodach przed wejściem ze słuchawkami w uszach i zapatrzony w telefon. Zamknęłam bez dźwięcznie drzwi, podeszłam do niego na palcach i zakryłam mu oczy dłońmi. Od razu schował telefon i zdjął słuchawki. Złapał mnie za ręce i lekko pociągnął do przodu, a sam odchylił głowę do tyłu. Piękny uśmiech zagościł na jego twarzy.
- Cześć bella. - powiedział tak uwodzicielsko że aż... ahhhhh.
- Hej. To gdzie mnie zabierasz? - uniosłam jedną brew.
- A to już niespodzianka. - znowu ten uwodzicielski głos.
- Zatem prowadź. - kiwnęłam głową. Co? Prowadź? Layla na nic lepszego cię nie stać? Głupia, głupia. Chłopak się zaśmiał. Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Jak tylko poczułam, że jego dłoń trzyma moją strzeliłam buraka. Tak, wyobraźcie sobie jak właśnie biję się w środku mojej głowy. Brunet odwrócił się w moją stronę na co od razu spuściłam głowę zasłaniając twarz włosami. 

- Oj, nie chowaj tej pięknej buźki, rumieniec dodaje ci jeszcze więcej uroku. - podciągnął mój podbródek w górę. Gdy podniosłam głowę i ujrzałam jego piękny uśmiech. Czy on przypadkiem cały czas się uśmiecha? Nie, to nic złego, mogłabym patrzeć na ten uśmiech całe życie, ale jak się cały czas uśmiech to nie powinien iść do psychiatry?
- Nie powinieneś iść do psychiatry? - tak, ja Layla Idiotka Vega wypowiedziałam te słowa na głos, teraz możecie mnie ubiczować za publiczne upokorzenie.
- Co? - zaśmiał się.
- Sorry, nie powinnam tego mówić...
- Ale czemu tak uważasz? - przerwał mi.
- Co uważam? - tak udawaj idiotko, że nie wiesz co powiedziałaś.
- Że powinienem iść do psychiatry?
- Bo... bo... to głupie. - zrezygnowałam. Po patrzyła na mnie z miną "Nie o taką odpowiedź mi chodziło, mów" czy coś w tym stylu. Wywróciłam oczami i w końcu wyjaśniłam. - Bo uśmiechasz się cały czas jak jakiś świr. - na odpowiedź powinnam usłyszeć głośny rechot, a zamiast tego usłyszałam coś innego bardzo blisko mojego ucha.
- Wiesz... ty jesteś moim powodem do uśmiechu. - szepnął mi do ucha i odchylił głowę. Znowu fala czerwieni przeszła przez moje policzki. Byliśmy w ciszy, ale takiej przyjemnej ciszy, która musi skończyć.
- Chodź, bo nie mamy za dużo czasu, a mam ci do pokazania. - pociągnął mnie za sobą. Tak, cały czas trzymał moją rękę.
- To może mi od razu powiesz co chcesz mi pokazać? - uśmiechnęłam się najsłodziej jak umiałam.
- Nie, musisz być cierpliwa.
- Jesteś strasznie uparty. - zrobiłam miną niezadowolonego dziecka. Austin zaczął się śmiać.
- Wiem, że chciałaś wyglądać jak niezadowolony dzieciak, ale bardziej ci to wyszło na naburmuszonego kurczaka. -zaczął się głośniej śmiać. Pokręciłam głowę i pociągnęłam go dalej. - Ej, to ja prowadzę, bo nie wiesz gdzie mamy iść. - przyśpieszył kroku. Droga nie była zbyt długa na szczęście, zaraz znaleźliśmy się na jakiejś polanie gdzieniegdzie były duże, stare drzewa... co to za miejsce? Jakbym skądś znała, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć. Chłopka stanął przede mną i złapał lekko za łokcie.
- Dobra, teraz musisz zamknąć oczy, bo nie możesz tego widzieć. - uniósł jedną brew, z pytanie czy się zgadzam. Przytaknęłam, bo co innego mi zostaje do wyboru. Pociągnął mnie lekko do przodu, samemu zostając na tyle i zasłonił moje oczy dłońmi. Kierował mnie tak przez minutę może krócej.
- Mogę już otworzyć oczy?
- Tak. - to co ujrzałam przed sobą od razu wszystko przypomniało. Najstarsze i największe drzewo na polanie, a na nim domek. Dobrze pamiętam jak Austin był mały i zaczął go budować z Aleksem. Wtedy to były chyba 4 deski przybite gwoźdźmi, teraz to słodki, mały domek z daszkiem. Brunet sięgnął na jedną gałąź i wyciągnął drabinkę. - Panie przodem. - wskazał na drabinkę z uśmiechem. Chwyciłam za sznurki, które trzymały małe deseczki służące jako stopnie. Weszłam do środka, które było wypełnione małymi lampeczkami, ale dawały takie przytulne oświetlenie. Na środku leżał duży bordowy koc, na ścianach wysiały zdjęcia Austina z Aleksem, Austina z mamą i Austina z Taylor. Tak, wszędzie Austin. To nie były takie zdjęcia jakie ujawniają na portalach plotkarskich, raczej wygłupy i samojebki. W rogu leżały jakiś książki, obok odtwarzacz z którego leciała jakaś piosenka. Na zewnątrz domek wydała się malutki, ale w środku to całkiem co innego. Chłopak zaraz usiadł obok mnie.
- Podoba ci się?
- Bardzo. - uśmiechnęłam się nie odrywając wzroku od zdjęć. - Skąd widziałeś, że lubię takie miejsca? - spojrzałam na niego. Odwrócił głowę z zakłopotaniem i podrapała się po karku. - Ahh tak, czytałeś mój pamiętnik. Nie jestem na to za ciebie zła. Bardzo mi się spodobał twój prezent. - uśmiechnęłam się do niego.
- Tym lepiej, chodź pokażę ci coś. - położył się na kocu i wyciągnął jakąś książkę. Położyłam się obok niego i kiedy tylko otworzył książkę zrozumiałam, że to GRUBY album. Wszystkie zdjęcia, które w nim były wiele znaczyły dla Austina. Najwięcej zdjęć było z fanami, a raczej jak to Austy mówi z Mahomies. Na końcowej stronie był przyczepiony tekst piosenki "11:11".
- Pamiętam jak zacząłem ją pisać... - uśmiech pojawił się na jego ustach. - W Walentynki, wszyscy mówili o miłość i ujawniali się przed swoimi sympatiami, ale... jak wszedłem na Twittera to dużo dziewczyn pisało o tym, że są samotne i nienawidzą Walentynek. Każda marzyła o spotkaniu swojego księcia z bajki. Nie mogłem im w tym pomóc, ale napisałem właśnie tą piosenkę tak dla nich, że jednak one też są ważne i do refrenu właśnie dodałem to, żeby mówiły swoje życzenia o szczęśliwej godzinie. Wiem, że ta piosenka nie jest za bardzo znana, ale dużo dla mnie znaczy.
- Austin, to jest przepiękne co zrobiłeś dla tych dziewczyn. - uśmiechnęłam się do niego. - Nawet sobie nie wyobrażasz ile w ten sposób pomogłeś tym niedocenianym dziewczynom. - aż się wzruszyłam słowami Austina. - Wiesz kiedyś cię uważałam za głupiego dzieciaka, który nigdy nie będzie uczuciowy i będzie zmieniał dziewczyny jak skarpetki, ale po tych słowach mój pogląd definitywnie się zmienił.
- Dzięki. - zarumienił się lekko.
- Aww, ty się tak słodko rumienisz. - zaczęłam go szczypać w policzki, na co pojawił się grymas na jego twarzy i zaczął odpychać moje ręce.
- Zostaw mnie, wiesz jak bardzo tego nie lubię. - zrobił mnię obrażonego dziecka.
- Złość piękność szkodzi, a ty musisz być jakoś wyglądać. - wystawiłam mu język.
- Jakoś wyglądać?! Ty nawet nie wiesz ile dziewczyn się za mną ugania, ciesz się że taka gwiazda jak Austin Mahone cię zaprosiła. - napuszył się jak lew, ale widać było w jego oczach rozbawienie.
- Boże, z kim ja poszłam na randkę... - wywróciłam oczami.
- Ha! Czyli uważasz to za randkę. - uśmiechnął się cwaniacko. - Skoro to randka to może... - zaczął powoli przybliżać swoją twarz do mojej. Szybko ją odwrócił z pomocą mojej ręki, która zostawiła czerwony ślad po uderzeniu go w policzek. Wyszłam z domku i poszłam w stronę mojego domu, na szczęście zapamiętałam skrót do domu. Słyszałam jeszcze za sobą wołanie Austina, ale wysoka trawa mnie trochę przysłoniła. Przez całą drogę myślałam o tym jak on się zachował, jak... dupek. Zdecydowanie za szybko i na zbyt wiele sobie pozwalał. Chciałam jak najszybciej zapomnieć o tej "randce". W domu już uspokoiłam swoje emocje po krótkim odprężającym prysznicu. A już w ogóle o tym zapomniałam, jak po raz 1 zrobiliśmy po przeprowadzce rodzinny maraton filmowy. Zawsze je robiliśmy, kiedy tylko rodzice mieli wolne wieczory. Gdy zaczęła już dochodzić jedenasta mama wygoniła mnie do łóżka. Przeczesałam jeszcze raz włosy i opadałam na łóżko. Odblokowałam telefon i zaczęłam przeglądać wszystkie przepraszające SMS'y Austina i prośbę o spotkanie. Spotkanie by się przydało, żeby mu w końcu wyjaśnić, że nie jestem jakąś Stellą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz